"Wierzę w piosenkę", Dziennik Polski nr 306, 21.12.2002


- Jak się czuje artystka taka jak Pani w świecie zdominowanym przez komercję?
- Żyję z dala od tego świata, pozostając wierną sobie i swoim piosenkom.

- Czy ta rzeczywistość Pani nie doskwiera?
- Trochę tak, ale na szczęście nie mam z nią bezpośredniego kontaktu. Ten luksus zapewnia mi Piotr.

- Piosenki, jakim pozostaje Pani wierna, nie są obecnie wspierane przez media, które dyktują warunki, kształtują gust odbiorców...
- Otrzymuję mnóstwo pytań, dlaczego nie ma mnie w radio i telewizji... Cóż, nie mam na to wpływu. Być może właśnie dlatego ludzie tłumnie przychodzą na moje koncerty. Znam wielu artystów, którzy fantastycznie istnieją w mediach, ale poza trasami promującymi płyty prawie nie występują, bo nie mają dla kogo... Nie wiem, co lepsze?

- Równowaga. Może za mało się Pani dobija?
- Ja? Ja w ogóle!

- A pan Piotr Loretz?
- On robi, co może. O mnie powinna walczyć moja firma płytowa. Proszę pamiętać, że Piotr jest przede wszystkim artystą. Niezwykle sobie cenię jego wiedzę na temat piosenki. Jest reżyserem, scenarzystą, pomysłodawcą właściwie wszystkich moich przedsięwzięć, kimś bardzo ważnym w moim życiu zawodowym.

- Dodajmy - i osobistym, są Państwo już paręnaście lat małżeństwem. O ile pamiętam, ślub odbył się "w biegu" w 1985 roku przy okazji nagrywania przez Panią pierwszej płyty... Teraz, po trzech latach przerwy, ukazała się dziewiąta. Było łatwo? Który to projekt?
- Było parę odrzuconych, ale cieszę się, że tym razem się udało, że firma Universal zechciała nagrać te piosenki na płytę i teraz podejmuje jakieś kroki związane z jej promocją.

- Właśnie w Krakowie zarejestrowała Pani recital dla telewizji, do studia w Łęgu przyszły tłumy...
- To pewnie efekt tego, o czym mówiliśmy wcześniej.

- Telewizja od lat niespecjalnie dla Pani łaskawa.
- Nie umiem zaprzeczyć. Jakoś się nasze propozycje i drogi rozmijały. Zawsze lubiłam mieć wpływ na to, co robię, jeżeli nie mam takiej możliwości, wolę nie brać w czymś udziału. Ale nie narzekam.

- Ale ja, wraz z Pani fanami, narzekam, że Pani nie ma w telewizji...
- W najbliższą sobotę, 21 grudnia, o godz. 21 w Programie II, zaprezentuję piosenki z nowej płyty "Wierzę piosence", nagrane podczas wspomnianego przez pana recitalu...

- ..a także z "Pytań do księżyca", które zostały Złotą Płytą. Pomówmy o tej nowej; jest na niej dawny szlagier "Nie wierzę piosence" Szpilmana, a miała być cała płyta z piosenkami tego kompozytora...
- Pan Szpilman, niestety, zmarł i pamiątką po tym niezrealizowanym projekcie jest tylko ten jeden utwór... Krzysztof Herdzin zaaranżował go zaskakująco inaczej i tak pięknie, że mnie to urzekło. Uważam, że włączając do repertuaru utwór bardzo znany, nie należy powielać wersji pierwotnej...

- Nagrała też Pani inną dawną piosenkę Romana Orłowa "Jak to dobrze, że to tak"...
- To też sentymentalna podróż. Otrzymałam tę piosenkę od pana Romana kilkanaście lat temu. Bardzo ją polubiłam i nieraz wykonywałam podczas recitali. Bardzo mi tematycznie pasowała do ostatniego albumu, z radością zatem nareszcie ją nagrałam.

- Mówi Pani, piosenka mi pasowała; Pani wszystkie płyty były precyzyjnie zestawione, najnowsza - osiągnęła stopień mistrzowski...
- To zasługa Piotra. Każdą płytę traktujemy jak kolejny spektakl, mający wewnętrzną dramaturgię.

- Kto ma zdanie decydujące?
- Chyba nie muszę tego mówić.

- To wróćmy do czasów komercji. Jak słyszę, chętnie udziela Pani wywiadów, a kiedyś namówić Pani nie było łatwo...
- Fakt, chętniej... Śpiewam już 18 lat, zatem miałam czas, by się do pewnych sytuacji przyzwyczaić, nauczyć...

- Nawet ma Pani swoją stronę internetową - www.egeppert.com
- To już zasługa osób, które od lat towarzyszą mojej artystycznej doli. Jest taka cudowna Wiesia Pałkowska, która zwróciła na mnie uwagę, mając lat 14, w tej chwili ma ich o kilkanaście więcej i nadal mnie wspiera - już jako przyjaciel. I właśnie wspólnie z innymi fanami prowadzi mi stronę w Internecie, przekonując, że w obecnych czasach bez tego nie można funkcjonować.

- 18 lat; spogląda Pani w przeszłość - to było to, co Panią zamierzyła?
- Niczego nie planowałam. Chciałam śpiewać o tym, co mnie boli... O czasach, w których przyszło mi żyć, o doskwierającej rzeczywistości... Stąd w moim repertuarze dominowały piosenki poważne. Teraz, gdy wokół nas tak wiele się zmieniło, moje piosenki też się zmieniły.

- A właściwie czemu 18 lat, szkołę muzyczną ukończyła Pani w 1983 roku...
- Ale przez rok w ogóle nie śpiewałam. Wydawało mi się, że na estradzie nie ma dla mnie miejsca, panował na niej wówczas głównie rock, a nie był to gatunek, w którym czułabym się wtedy najlepiej. Dzisiaj - nie wiem...

- Czyżby Pani zamierzała...?
- Nie zarzekam się. Tak dużo ciekawych młodych ludzi zaczyna zauważać to, co robię... Może powinnam nagrać coś i dla nich...

- Pani i rock?!
- Ballady rockowe - dlaczego nie!

- Słucha Pani takiej muzyki?
- Słucham bardzo różnej muzyki, z hip-hopem włącznie, choć tej już bardziej z konieczności, bo syn zawędrował w te rejony. Nie powiem, żebym byłam zachwycona...

- Nową płytę zaczyna Pani pastiszem "To się nie sprzeda, Pani Geppert"...
- Bo wiele moich pomysłów było kwitowanych stwierdzeniami "to się nie sprzeda", "tego ludzie nie kupią...". Wymyśliliśmy z Piotrem, że taką piosenkę trzeba zamówić na tę płytę...

- I co, sprzeda się?
- Bardzo bym chciała. Bo wtedy łatwiej mi będzie nagrać następną. Problem w tym, czy radia zechcą od czasu do czasu puścić moje nowe nagrania... Często spotykam się z argumentacją, że moich piosenek trzeba uważnie słuchać, a podobno ludzie dzisiaj nie mają na to czasu...

- Wydawało mi się, że radio służy do słuchania... I tak wracamy do komercji. A czy Pani bordowa sukienka na okładce ostatniej płyty to kompromis na rzecz sprzedaży?
- To jest, panie Wacławie, kostium, który włożyłam na sesję zdjęciową - i tyle...

- Nową, piękną płytę zatytułowała Pani "Wierzę piosence" - to faktycznie Pani credo?
- Tak, wierzę piosence i wierzę w piosenkę. W trzech minutach można mieścić i dramat, i komedię, zabawę i refleksję. Piosenka daje szansę, by przeżyć coś w parę minut. Ale musi to być piosenka napisana i wykonana sercem, talentem i rozumem. Od pierwszego recitalu przypominam moją ulubioną definicje, zaczerpniętą z XVII-wiecznej encyklopedii francuskiej, że piosenka to rodzaj krótkiego wiersza, do którego dodaje się muzykę, aby był śpiewany przy okazjach towarzyskich, z przyjaciółmi, przy stole, z ukochanym, a nawet samemu, aby na kilka chwil oddalić znudzenie, jeśli się jest bogatym, oraz aby lżej znosić nędzę, jeśli się jest biednym.

- Pod warunkiem że tę muzykę pisze np. Seweryn Krajewski, który ofiarował Pani kilka pięknych nowych piosenek.
- Dodałabym Włodzimierza Korcza, Tadeusza Woźniaka, Andrzeja Rybińskiego czy też mojego wiernego przyjaciela z Francji Rogera Candy.

- Á propos wierności, to Pani pierwsza płyta od lat nagrana bez Henryka Albera i Tomasza Bajerskiego; Państwa drogi się rozeszły?
- Ależ skąd! Przyjaciół się nie porzuca.

- To życzę Pani, by w tych silnie komercyjnych czasach i Pani sympatyków cechowała wierność.

Rozmawiał: Wacław Krupiński